niedziela, 14 października 2012

Rozdział V


   Następnego dnia obudziłam się w swoim łóżku. Byłam w nim sama, ale jednak cały czas czułam czyjąś obecność w domu. Było ciepło mimo, że na dworze utrzymywała się temperatura minusowa, zwłaszcza o poranku. Byłam nieco rozkojarzona, bo jeszcze nie docierały do mnie wydarzenia z ostatniego dnia.
   Spojrzałam na zegarek, była 10 rano. Za oknem świeciło słońce. Promienie tak samo jak w Stanach znów odbijały się od białego śniegu, dając w moim pokoju wspaniałą atmosferę. Przeciągałam się w łóżku, niczym mały kotek, którego się przed chwilą obudziło. Odwracając głowę w stronę drzwi, nie mogłam uwierzyć w to co tam zobaczyłam. W progu stał jak zawsze uśmiechnięty Cove.
            - Cześć śpiochu. – Przywitał się, podchodząc do łóżka.
            - Hej Cove. – Odpowiedziałam lekko zdezorientowana. – Ty tu byłeś całą noc? – Zapytałam gdy usiadł obok mnie.
            - Tak i mam nadzieję, że nie jesteś na mnie za to zła?
            - Ty chyba zwariowałeś! – Krzyknęłam w udawanym oburzeniem i uśmiechem na twarzy. – Nie jestem.
            - To dobrze
            - A tak w ogóle to gdzie Ty spałeś?
            - Z Tobą.
            - Co takiego?!
            - No tak. Nie czułaś mojej obecności? Czuwałem przy Tobie całą noc, niczym anioł stróż. – Odpowiedział, ciągle się przy tym śmiejąc.
            - Jasne. – Odpowiedziałam, delikatnie uderzając go pięścią w ramie.
            - Oj czepiasz się.
            - Ja? Co ty sobie wkręcasz?
            - Ty sobie wkręcasz, bo ja Ci mówię, że ty byłem to ty mi nie wierzysz.
Spojrzałam na niego z niedowierzaniem. Zastanawiało mnie to, czy Cove mówi poważnie, czy żartuje jak to miał w zwyczaju. Ale to było dla mnie nie ważne. Ważne było to, że jest tu ze mną i chce, żeby było jak dawniej.
   Poszłam na dół, Cove za mną. Usiadłam przy stole i wdychałam przyjemny zapach ciepłej kawy. Siedziałam z kolanami podsuniętymi pod samą klatkę piersiową i czekałam, aż Cove poda mi kawę. Długo to nie trwało.
            - Co chcesz dzisiaj robić? – Zapytał siadając na krześle obok mnie.
            - A co masz w planach?
            - W sumie to nic. Liczę na coś spontanicznego z Twojej strony. – Powiedziałam z uśmiechem na twarzy.
            - Co powiesz na bardzo długi spacer?
            - W sumie to dlaczego nie.
            - To zabieram porywam Cię na długi spacer. – Powiedział kładąc swoją dłoń na moim policzku.
Uśmiechnęłam się do niego i zatopiłam usta w gorącym napoju kofeinowym.

3 tygodnie później…

            - Cove, kochanie dokąd mnie zabierasz? – Zapytałam uśmiechnięta z zawiązanymi oczami.
            - To niespodzianka. Uważaj, schody. – Odpowiedział trzymając mnie z tyłu za nadgarstki.
   Uśmiechnęłam się sama do siebie i usłyszałam za sobą dźwięk zamykanych drzwi. Usiadłam na krześle do którego podprowadził mnie Cove i zostałam z nim sam na sam. W pewnej chwili zdjął mi z oczu opaskę, a z tyłu związał ręce. Nie ukrywam, że mega mnie to wystraszyło. Serce momentalnie przyspieszyło swój rytm. Nie wiedziałam co ma zamiar zrobić. Byłam w nim sama w tym małym, ciemnym i zawilgoconym pomieszczeniu, oświetlonym tylko światłem malutkiej żarówki. Byłam przerażona, bałam się jak nigdy dotąd. Chciałam się rozpłakać, ale strach mi na to nie pozwalał.
            - Cove, o co chodzi? Dlaczego tu jesteśmy? – Zapytałam cicho, czując jak mi mocno bije serce.
Odpowiedział mi ciszą. Był odwrócony do mnie plecami i zaczął się śmiać. Poziom mojego strachu osiągnął apogeum. Łzy zaczęły mi płynąć.
            - Zebraliśmy się tu po to by połączyć węzłem małżeńskim… - Wyrecytował podstawowy tekst z początku każdego ślubu. Oparł ręce na biodrach i gwałtownie odwrócił się do mnie. Patrzył mi głęboko w oczy tak, jakby chciał wyczuć mój lęk.
            - Co? – Zapytałam jakby sama do siebie, bo nie mogłam zrozumieć sensu tych słów właśnie w tym momencie.
            - A nie, nic. Tak sobie tylko powiedziałem, bo przecież ja nigdy nie usłyszę tych słów. A tak bardzo bym chciał. Na, na przykład naszym ślubie, ale nie. No przecież ty masz swojego żołnierzyka. To on będzie stał tam zamiast mnie, to on będzie Cię nosił na rękach, zapraszał na kolacje, całował i mówił jak bardzo Cię kocha. Przecież to on jest dla Ciebie tak bardzo ważny! – Krzyknął łapiąc mnie za włosy i unosząc moją głowę do góry. – Ale ja dla Ciebie nigdy nie byłem, skoro polazłaś do niego. Myślałaś, że co? – Zapytał odpychając moją głowę. – Że po tym co mi zrobiłaś będę Cię kochał ponad życie? Haha! Jeśli tak to wiedz, że jesteś w błędzie. Nienawidzę Cię całym sercem! Brzydzę się Tobą, rozumiesz? Jesteś zwykłą szmatą, która włazi pierwszemu lepszemu do łóżka.
            - Przecież ja nie jestem już z James’em! Przyjechałam tu, bo nie chcę mieć z nim nic wspólnego, tak samo jak nie chcę mieć z Tobą! Jesteś nie normalny! – Krzyknęłam, próbując rozwiązać supeł.
            - Ale mnie nie obchodzi to czy ty z nim jesteś czy nie! Ja po prostu chcę się odegrać na Tobie za to co mi zrobiłaś! Za to jak zniszczyłaś mi psychikę. Chcę, żebyś cierpiała tak samo jak ja, gdy powiedziałaś mi, że zakochałaś się w kimś innym. Moje życie rozpadło się, więc zrobię wszystko, żeby Twoje było takie samo. – Krzyknął, dotykając palcem wskazującym czubka mojego zmarzniętego nosa.
            - Ale sam sobie jesteś winien! Nie widzisz tego co wyrabiasz?! Wiesz dlaczego odeszłam do James’a? Bo byłeś piekielnie zazdrosny o wszystko! Owszem, było mi z Tobą dobrze, miewaliśmy dobre i złe chwile, ale te złe odciskały na mnie zbyt duże piętno! Wiele razy po naszym rozstaniu płakałam, bo bałam się, że znów coś złego się wydarzy. Ale udało mi się o Tobie zapomnieć. – Wyrzuciłam z siebie.
   W tamtej chwili przepełniał mnie niesamowity gniew, gotowało się we mnie. Miałam ochotę wyrwać się z tych lin i uderzyć lub nawet pobić Cove.
            - Ja Ci robiłem krzywdę? Ty chyba żartujesz? – Zapytał z niepokojącym uśmiechem szaleńca. – Wiesz Diana, idź już sobie i przemyśl to co powiedziałaś, ale pamiętaj, że będę Cię bacznie obserwował. – Dodał rozwiązując supły z moich obolałych nadgarstków. – Nie zapomnij o tym. – Dorzucił oddając mi telefon, który miał w kieszeni swoich granatowych jeansów.
   Popatrzyłam na niego i pobiegłam przerażona do drzwi. Czułam się trochę jak w thrillerze. Wtedy byłam pewna tylko jednego – Cove to szaleniec. Jest niepoczytalny i niesamowicie się go bałam. Wybiegłam z piwnicy i znalazłam się w miejscu, którego nigdy bym się nie spodziewała. To był mój garaż. Nawet nie wiedziałam, że pod garażem coś jest. Byłam w tamtej chwili tak zdesperowana, że próbowałam zamknąć mu klapę przed samym nosem, ale nie zdążyłam. Wyszedł za mną, a ja pobiegłam przerażona do swojej sypialni. Najbardziej byłam załamana tym, że moje psy znały Cove i nie zareagowały na to co się działo, tylko bez żadnego ale pozwoliły Cove dokonać kolejnego urazu ma mojej psychice.
   Wpadłam do sypialni i podeszłam do okna. Widziałam jak Cove idzie w stronę swojego samochodu. Stałam tam, a łzy płynęły mi powoli. Trzęsłam się i nie wiedziałam co zrobić. Wgapiałam się ślepo w jeden punkt za szybą i zastanawiałam co da mu dręczenie mnie. Myślami byłam teraz przy barze, pijąc zimną wódkę i zapominając o tej sytuacji, ale bałam się wyjść z domu. Bałam się, że ten wariat gdzieś tu jest i na mnie czeka.
            - Przecież on Ci nic kretynko nie zrobi. – Powiedziałam na głos sama do siebie i podeszłam do szafy, wyciągnęłam z niej czarny płaszcz i poszłam na dół.
   Sprawdziłam czy psy mają wodę, sprawdziłam cały dom w poszukiwaniu czegoś niepokojącego i zastałam w kuchni odkręcone kurki z gazem. Cove ewidentnie chciał mi coś zrobić. To przeraziło mnie jeszcze bardziej, a po ciele przeszedł mnie dziwny dreszcz. Uchyliłam o kuchni delikatnie oko, zamknęłam drzwi na klucz i poszłam w stronę centrum. Z kieszeni jeansów wyciągnęłam telefon i próbowałam dodzwonić się do Speedy’ego, ale jak zawsze miał włączoną pocztę, więc drugi telefon wykonałam do Wujka.
            - Tak? – Odezwał się spokojny głos Wujka.
            - Wujku mam do Ciebie prośbę. Weź wpadnij za godzinkę do mojego domu i zamknij okno w kuchni, bo zostawiłam otwarte, żeby się wywietrzyło. – Powiedziałam idąc zaśnieżonym chodnikiem, omijając przechodzących obok mnie ludzi. – Klucz chyba masz?
            - Tak, mam. No jak znajdę chwilkę to przyjdę.
            - Dziękuję ci bardzo. I mam do Ciebie małą prośbę. Pod żadnym pozorem nie dawaj swojego klucza Speedy’emu ani Cove. Bardzo Cię proszę. – Powiedziałam.
            - No dobrze, ale coś się stało? Bo mówisz to takim trochę tajemniczym i zarazem przerażonym tonem.
            - Wszystko jest ok, ale mam do Ciebie tylko te dwie sprawy. Ja muszę kończyć. Pa i z góry Ci dziękuję. – Rzuciłam szybko i rozłączyłam się, bo stałam już przed drzwiami baru.
   Schowałam telefon do kieszeni i weszłam do środka. 

Na razie dodam tylko tyle. Mam nadzieję, że znajdę więcej czasu na pisanie ;)

niedziela, 30 września 2012

Rozdział IV (kontynuacja)


- Przepraszam Cię na moment. – Zwróciłam się do niego z uśmiechem i poszłam do kuchni. – Tak wujku?
            - Diana mam nadzieję, że nie przeszkadzam, ale Speedy jest w szpitalu. – Powiedział dość nerwowo wujek.
            - Jak to szpitalu?! – Krzyknęłam z przerażeniem do słuchawki opierając się o ścianę i łapiąc za głowę.
            - Miał wypadek.
            - Jak to wypadek? Ale co… Gdzie? W którym szpitalu jest? – Zadawałam z nerwach pytania, jedno po drugim.
Po tej serii do kuchni wszedł zmartwiony moimi krzykami i paniką Aled. Nie wiedziałam co mam zrobić. Czy stać tutaj i czekać na cud, na wiadomość, że to był ponury żart, czy może biec tam tak jak stoję. W tamtej chwili nie myślałam o niczym innym jak o tym by jak najszybciej znaleźć się przy moim braciszku. Zaczęłam też odczuwać silną potrzebę przytulenia od Aled’a. Nie chciałam czekać, aż on się domyśli, więc zbliżyłam się do niego i kończąc powoli rozmowę oparłam głowę o jego klatkę piersiową.
   Gdy Wujek powiedział mi w którym szpitalu leży mój brat, odłożyłam telefon na blat kredensu i przytuliłam się jeszcze bardziej do Aled’a.
            - Pojedziesz tam ze mną? – Zapytałam cicho
            - Jasne! – Odpowiedział łapiąc mnie delikatnie za biodra.
Uśmiechnęłam się przez łzy i wbiegłam do garażu jak poparzona. Miałam na sobie krótkie, jeansowe spodenki i czarną koszulkę na ramiączkach zespołu 30 Seconds To Mars z czerwonym napisem „This Is War”.
   Wsiadłam do nowego, srebrnego Audi R8, które dostałam od barta i wujka na 22 urodziny, które spędziłam w Stanach, a mój prezent stał u Wujka w garażu i czekał na mnie, włączyłam ogrzewanie, a zaraz po mnie wsiadł Aled. Szybko odpaliłam silnik i z garażu wyjechałam z piskiem opon. Cała drżałam. W tamtej chwili sama nie wiedziałam czy z zimna, czy ze strachu. W tamtej chwili nawet nie wiedziałam czego mam się spodziewać. Wiedziałam tylko tyle, że wszystko okaże się na miejscu
   Droga zajęła nam niespełna 20 minut. Gdy zatrzymałam się na miejscu parkingowym, wyciągnęłam kluczyki ze stacyjki, dałam je Aled’owi do ręki, a sama pobiegłam w stronę wejścia, wpadając przy tym w wielkie zaspy. Ludzie patrzyli na mnie jak na debila, bo mój ubiór chyba nie był zbyt dopasowany do panującej aury. Na dodatek, żeby jeszcze bardziej ośmieszyć się na oczach ludzi wywinęłam przysłowiowego orła przed samym wejściem do budynku. Gdy się podniosłam, pielęgniarki które zgromadziły się wokół mnie pytały czy nic mi nie jest. Rzuciłam komunikat, że wszystko jest ok i wbiegłam do środka.
   Jak przez mgłę, być może spowodowaną upadkiem widziałam jasną barwę ścian, mnóstwo okien na błękitnych ścianach, białe kafelki na podłodze i na samym środku recepcja. Podeszłam chwiejnym krokiem, trzymając się za obity, lewy bark do recepcji. Siedziała tam tylko jedna kobieta, która rozmawiała przez telefon, ale sądziłam, że to nie jest nic ważnego.
            - Przepraszam panią. W której sali…
            - Nie widzisz dziewczyno, że rozmawiam przez telefon? Posadź swoje cztery literki na krześle i poczekaj chwilę. 5 minut Cię nie zbawi. – Warknęła do mnie blond kobieta, grubo po sześćdziesiątce, po czym powróciła do rozmowy na temat czerwonych szpileczek, które widziała na wystawie w drodze do pracy.
Szczerze, to w tamtym momencie tylko cud zatrzymał mi rękę. Mało brakowało, a po prostu bym ją uderzyła.
   Kobieta w takim stopniu podniosła mi ciśnienie, że odwróciłam się na moment w stronę wejścia gdzie stał Aled po czym pochyliłam się nad recepcją, wyrwałam kobiecie słuchawkę i kulturalnie zwróciłam uwagę.
   - Słuchaj mnie ty stara, blond babo. O bucikach to sobie możesz pogadać po pracy. Tu jesteś po to, by udzielać rodzinom pacjentów informacji, więc rusz dupę i sprawdź w której sali leży Bart Wenger! – Krzyknęłam wściekle.
Aled stał za mną i przyglądał się całej tej sytuacji. Wiele osób – pacjentów, lekarzy, sprzątaczek i innych patrzyło na mnie z lekkim podziwem. Nie wiem co w tym wszystkim takiego było, ale skoro tak zareagowali to nabrałam jeszcze większej pewności siebie.
   Recepcjonistka patrzyła na mnie totalnie przerażona. Chyba wolała nie toczyć ze mną niepotrzebnej wojny, bo grzecznie odłożyła słuchawkę i sprawdziła w bazie danych pod którym numerem znajduje się pokój mojego brata.
            - Pokój 730. – Powiedziała wystraszona.
            - Dziękuję. – Odpowiedziałam jeszcze poddenerwowana.
Odwróciłam się delikatnie, odgarniając z przed oczu farbowane, blond kosmyki włosów. Aled stał za mną i patrzył tak, jakby, jakby miał co do mnie mieszane uczucia. Byłam trochę ciekawa, co w tamtej chwili o mnie myślał. Spojrzałam mu w oczy i ruchem głowy wskazałam kierunek w którym mamy biec.
   Dziwnie się czułam będąc tam. Widziałam cierpienie pacjentów i ból rodzin. Niektóre sytuacje, jak na przykład przekazanie ojcu wieść, że jego żona lub dziewczyna urodziła mu pięknego syna, były cudowne, ale gdy podczas biegu usłyszałam jak lekarz przekazuje młodym rodzicom, że ich dziecko nie przeżyło operacji, to aż się łza w oku kręciła. Nienawidziłam takich miejsc. Ostatni raz w szpitalu to ja byłam po moim wypadku samochodowym, po którym cudem przeżyłam.
   Biegłam nie zwracając już na nic uwagi. Chciałam się skupić tylko i wyłącznie na moim bracie.
            - Zaczekaj, to tutaj! – Zawołał Aled.
Zawróciłam gwałtownie i podeszłam do drzwi. Przed samym wejściem tam nie wiedziałam czego mam się spodziewać. Nie wiedziałam w jakim stanie. Nie wiedziałam czy jest w jednym kawałku, cały i zdrowy, czy może tak jak i mnie, czeka go jeszcze około sześciu operacji. Wzięłam ostatni, głęboki oddech, chwyciłam Aled’a za dłoń w geście strachu i cichej prośby o pomoc i weszłam do środka.
   Speedy chyba spał. Jego łóżko znajdowało się na środku niewielkiego, beżowego pomieszczenia, w którym znajdowały się jeszcze umywalka i telewizor. Podeszłam do jego łóżka, usiadłam na brzegu, zsuwając delikatnie białe prześcieradło z pod jego ciała. Złapałam go za dłoń i pocałowałam na powitanie w czoło. Odwróciłam się do Aled’a, który uśmiechał się do mnie non stop. Odpowiedziałam tym samym. Robiło mi się niesamowicie ciepło, gdy spod jego kilkudniowego zarostu wydobywał się ten słodki, dziecięcy uśmiech. Miał 28 lat, a jak już wcześniej wspominałam był uroczy. Aled położył swoje dłonie na moich ramionach i czekaliśmy, aż mój brat się obudzi.
            - Hej siostra. – Szepnął cicho Speedy, który otworzył oczy, akurat gdy Aled delikatnie, wierzchem swojej dłoni dotykał mojego zimnego policzka.
Nie ukrywam – był lekko zszokowany, z resztą ja tak samo, ale nie byłam tym zdenerwowana, lecz miło zaskoczona, choć przechodziły mnie dziwne dreszcze, bo po tym geście wróciły wspomnienia, bo to samo robił chłopak, którego zostawiłam niegdyś dla James’a.
   Odwróciłam głowę, a do głowy napłynęło mi nagle tysiące myśli. Powróciły wspomnienia z naszej ostatniej rozmowy. Jego głos, oczy, dotyk. Zrobiło mi się przykro, w sercu poczułam pustkę, którą miałam nadzieję, że Aled wypełni, gdy tylko lepiej się poznamy.
            - Cześć braciszku. – Odpowiedziałam wyciągając z kieszeni telefon i kładąc go na stoliku tuż obok łóżka. – Powiedz mi co się stało?
            - Wracałem od Ciebie i jechałem do domu i jakiś debil wyprzedzał cysternę na zakręcie. Nie zdążyłem zahamować i jebnęliśmy czołówkę. – Opowiedział, łapiąc się za prawą rękę. – Cholernie mnie boli. – Zamarudził dodatkowo.
            - Kurwa! No przysięgam, że jak tego debila znajdę to go zabiję. – Podsumowałam jego opowieść.
            - Nie zrobiłabyś tego, bo zginą na miejscu. Dowiedziałem się o tym po odzyskaniu przytomności. – Odpowiedział, biorąc do ręki mój telefon.
            - Aha. No ręka Cię boli, bo masz na niej gips, baranie. A tak w ogóle to Speedy – zwróciłam się najpierw do brata. – To jest mój sąsiad i zarazem nowy przyjaciel Aled. Aled, to jest właśnie mój brat Speedy o którym Ci tyle opowiadałam. – Przedstawiłam sobie chłopaków, którzy nawet cieszyli się z tego spotkania.
            - Mam nadzieję, że zaopiekujesz się moją sio… Diana jak ty wyglądasz? – Zmienił temat mój brat, jak na niego, bardzo gwałtownie i patrząc od czubka mojej głowy, po długie i trzęsące się nogi.
            - Normalnie. Zaraz po telefonie od Wujka wybiegłam z Aled’em z domu i nie zwracałam na nic uwagi, więc się nie czepiaj. – Odpowiedziałam uśmiechając się słodko i naciągając dół czarnej koszulki aż po kolana.
            - No ale mogłaś chociaż jakąś bluzę zarzucić czy coś… - Powiedział z dezaprobatą mój bat. – Rób jak uważasz, ja nic nie mówię.
            - Nie, kompletnie nic nie mówisz. Nie odzywasz się nic, a nic. – Powiedziałam pod nosem z nutką ironii w głosie.
            - Coś mówiłaś?
            - Nie.
            - A może jednak?
            - A może się zamkniesz? – Zapytałam trochę poddenerwowana tym jego droczeniem się ze mną.
            - Nie. – Powiedział z szelmowskim uśmiechem
            - Spierdalaj.
            - Też Cię kocham.
Popatrzyłam na niego z uniesioną lekko, lewą brwią. Rzadko słyszałam od mojego brata słowa „kocham Cię”. Nawet w żartach. Dlatego tak bardzo byłam zaskoczona.
            - Ja Ciebie też. – Odpowiedziałam, łapiąc Speedy’ego za dłoń.
            - Przecież ja żartowałem. - Rzucił mega uśmiechnięty.
            - Jak zawsze. – Dodał znajomy mi głos.
Podniosłam delikatnie wzrok i zobaczyłam wysokiego, przystojnego, ale bardzo mi znajomego chłopaka. Jego głos był mega podobny do głosu mojego byłego chłopaka Cove’a, ale wygląd już trochę nie do końca. Tamten chłopak, którego znałam miał średniej długości brązowe włosy, a ten>
   Brązowe, długością sięgające do klatki piersiowej dredy, brązowa koszula w klatę, pod nią biały podkoszulek, a na wierzchu szara, ale dość gruba bluza, czarne jeansy i trampki. Przyglądałam mu się bardzo uważnie. Nie mogłam skojarzyć skąd go znam, ale gdy uśmiechnął się do mnie tak, jak robił to do mnie to już wiedziałam, że ten chłopak jest mi jeszcze bliższy niż mi się wydaje.
            - Cove?! – Zaczęłam krzyczeć ze szczęścia. – Nie wierzę! – Dorzuciłam i podbiegłam do niego rzucając mu się na szyję.
            - No to uwierz malutka. – Powiedział mi do ucha cichym, spokojnym tonem, gładząc mnie po włosach, po postawieniu mnie na podłodze. – Ja też nie wierzę w to, że tu jesteś. – Dodał uśmiechając się do mnie delikatnie i patrząc w oczy swoimi perfidnie brązowymi oczami, które nie jednokrotnie przyprawiały mnie o dreszcze. – Na ile przyjechałaś?
            - No to uwierz w to, że przyjechałam tu już raczej na stałe. – Odpowiedziałam opierając się dłońmi o stalową poręcz łóżka.
Cove, Speedy i Aled uścisnęli sobie dłonie, a ja usiadłam na kolanach Cove’a, który usiadł na moim miejscu i „zapraszał” mnie na nie.
            - Skąd wiedziałeś, że tu jestem? – Zapytałam przytulając się do jego szyi tak, jak robiłam to kiedyś. Zanim zostawiłam go dla James’a.
Nie odezwał się. Popatrzył tylko na Speedy’ego i uśmiechał się do niego. Od razu domyślałam się po co był Bart’owi mój telefon. Popatrzyłam na nich obu i zaczęłam się śmiać.
   Odchyliłam lekko głowę w tył i poczułam jak Cove delikatnie zbliża do niej swoją twarz. Przeszły mnie dreszcze. Takie jak kiedyś. Gdy po raz pierwszy się całowaliśmy, dotykaliśmy, stawaliśmy się dla siebie bliżsi. Jego dredy delikatnie gładziły mnie po odkrytych ramionach. Miałam ciarki, które można było zobaczyć gołym okiem. Serce przyspieszało swoje ruchy. Miałam mieszane uczucia. Dobrze widziałam, że Aled zaczyna coś do mnie czuć, teoretycznie nadal byłam z James’em, bo żadne z nas nie powiedziało, że to już koniec, a tu nagle pojawia się chłopak, którego niegdyś kochałam ponad życie i bardzo za nim tęskniłam, podczas mojego pobytu tak w Stanach.
            - Diana, to ja już pójdę. Muszę jeszcze zajść do kumpla, bo mi napisał, żebym wpadł. – Przerwał całą tą sytuację Aled.
            - Podwieźć Cię? – Zapytałam odsuwając od siebie delikatnie Cove’a, który już chciał tak jakby zacząć mnie całować.
            - Nie, nie trzeba. Do zobaczenia. – Odpowiedział i poszedł w stronę wyjścia.
Zostaliśmy już tylko Speedy, Cove i ja.
   Rozmawialiśmy w trójkę przez jeszcze chwilę. Cove, po tym jak poszliśmy razem po kawę opowiadał mi jak bardzo mu było ciężko beze mnie. Szczerze to chciało mi się w tamtej chwili płakać. Siedział na niewysokim murku w holu ze spuszczoną głową, dredy opadały mu w dół i opowiadał jak często miewał myśli samobójcze, płakał dzień i noc, budził się w łóżku sam. Gdy to opowiadał, byłam zła sama na siebie. Targały mną na przemian złość, żal, smutek i bezradność. Poczułam się jakby ktoś przywalił mi jakimś twardym przedmiotem w głowę. Docierało do mnie to, jaką krzywdę mu wyrządziłam, jaką byłam egoistką. Podczas gdy ja zaczynałam nowe życie z 41 letnim James’em, mój niegdyś najukochańszy na świecie, najważniejszy dla mnie Cove, chciał ze sobą skończyć. Cierpiał tutaj sam. A ja tak długo go ignorowałam. Jego i to co siedzi w jego głowie.
   Miałam żal sama do siebie. Cove opowiadał to z dość dużym spokojem, ale mi nie udało się opanować emocji i rozpłakałam się. Ukryłam twarz w dłoniach, usiadłam obok niego i zaczęłam wyrzucać z siebie emocje poprzez płacz.
            - Tak bardzo Cię przepraszam. – Powtarzałam w kółko, nie mogąc złapać oddechu. – Nie wiedziałam, że to tak bardzo Cię zabolało. Wybacz mi, proszę Cię.
            - Już dobrze. – Odpowiedział i mocno mnie przytulił. – Nie płacz. Wybaczę ci. – Powiedział i pocałował mnie w policzek.
Gdy to zrobił w sercu poczułam jeszcze większy ból. Tak bardzo go zraniłam, a on po takim czymś wybaczył mi bez żadnego ale. To było dla mnie największą karą. Cove dał sobie z tym radę, ale ja nie umiałam. Z pozoru wszystko wyglądało tak, jakby spłynęło to po nim, ale jednak było inaczej. Czułam się jak Chester, bohater pewnego bloga, który niedawno czytałam. Zranił najbliższą swojemu sercu osobę i pod wpływem alkoholu krzyczał z żalu i wściekłości i rozwalał wszystkie ich wspólne zdjęcia. Czułam w sobie to samo. Też miałam ochotę krzyczeć i niszczyć wszystko dookoła.
   Cove tulił mnie do siebie bardzo mocno. Ludzie patrzyli na nas tak jakoś dziwnie, ale udawałam, że tego nie widzę. Liczyło się dla mnie to, bo móc odbudować jakoś relację z nim. By móc myśleć, że jest ok.
            - Cove, czy może między nami być dobrze? – Zapytałam biorąc oddech.
            - No oczywiście. – Powiedział cicho, wycierając moje łzy, które kapały mi z brody, na rękę.
Poczułam swego rodzaju ulgę. Jakbym dostała drugą szansę od losu. Wiedziałam, że nie mogę tego zepsuć.
            - Dziękuję. Tak bardzo Ci dziękuję.
            - Za co?
            - Za to, że mi wybaczyłeś, za to, że przyjechałeś, za to, że znów – Zawiesiłam na moment głos, łapiąc jednego z jego dredów – Jesteś tu ze mną.
Popatrzył na mnie z uśmiechem. Poczułam się tak, jakby między nami rodziło się nowe uczucie, jakbyśmy na nowo się w sobie zakochiwali. Jakby to co było między nami wcześniej, wracało z podwójną siłą. Nagle w głowie usłyszałam jego głos, mówiący mi  „kocham Cię”. Powtarzał mi to, gdy podejmowałam decyzję o tym, by odejść.
   Siedzieliśmy tam nie całe 15 minut, a ja zdążyłam już się rozpłakać i wybłagać przebaczenie. Kamień spadł mi z serca. Gdy wracałam z nim do pokoju Speedy’ego, patrzyłam na niego co jakiś czas i czekałam na choćby maleńki gest z jego strony. Muśnięcie dłonią po mojej dłoni, objęcia w pasie. Czegokolwiek.
   Weszliśmy do środka. Mój brat dziwnie na nasz patrzył. Chyba nie był świadom tego, co stało się przed piętnastoma minutami.   
            - Co was tak długo nie było? – Zapytał przełączając kanały w telewizji.
            - Musieliśmy jeszcze wyjaśnić parę spraw. – Odpowiedział Cove, zamykając za nami drzwi.
            - Jakich spraw?
            - Nie Twój zasrany interes. – Burknęłam siadając na łóżku brata.
            - No, dobra. Spokojnie – Odparł spoglądając na Cove’a pytająco.
Nie wiedziałam o czym mam z nimi rozmawiać. Chciałam z Cove wyjaśnić tyle spraw, powiedzieć to, co zaprzątało mi głowę po naszym rozstaniu, ale nie chciałam tego robić przy Speedy’m. Nie chciałam by dowiedział się o czymkolwiek, bo oczywiście było by gadanie w stylu, że mówił mi, żebym się zastanowiła nad tym, co robię, ale ja jednak byłam tak ślepo zakochana w James’ie, że nie widziałam poza nim świata. Nie liczyło się dla mnie to czy Cove da sobie radę, czy nie. Po naszej rozmowie nie mogłam zebrać myśli w jedną całość.
   Podczas gdy chłopcy rozmawiali sobie w najlepsze, ja myślałam co dzieje się z James’em. Chciałam zadzwonić, ale nie wiedziałam czy mogę. Może inaczej; czy dałabym radę z nim rozmawiać i utrzymywać grę pozorów. Nie chciałam, by dowiedział się o wszystkim przez telefon, ale chyba nie miałam wyjścia. Czułam, że z Cove zaczyna mi się dobrze układać, że między nami rodzi się na nowo uczucie. Nie chciałam by po przyjeździe James’a wyszło na to, że go zdradzałam. Chciałam definitywnie zakończyć nasz związek. Wiem, że to nie było fair z mojej strony, ale z James’em nie miałam takiej sielanki, jaką sobie wyobrażałam. Dopiero teraz, gdy znów spotkałam się z Cove, wróciły te wszystkie przykrości, które spotykały mnie z James’em. To jak wracał od kumpli pijany i robił mi zadymy, to jaki był zazdrosny, jak robił mi awantury, przez to, że uśmiechnęłam się do jakiegoś chłopaka. Dopiero teraz mogłam to zobaczyć.
   Przechodziły mnie dreszcze, gdy uświadomiłam sobie, że wszystkie te rzeczy zaczęły wychodzić dopiero po rozmowie z Cove. Z nim zawsze mogłam porozmawiać, wyżalić się, wypłakać. Wiedział jak ze mną rozmawiać. James starał się to robić, ale nie zawsze mu to wychodziło. Mój bart patrzył na nas bardzo podejrzliwie. Może zaczął się domyślać?  Pokręciłam głową przecząc sama sobie.
            - Dzień dobry. – Odezwał się nagle głos za nami.
            - Cześć dzieciaki.- Dodał następny.
Ten drugi rozpoznałam bez odwracania się. To był Wujek.  Przyszedł z lekarzem. Chyba chciał powiedzieć, co i jak jest z moim bratem.
            - Pan Bart Wenger? Dobrze trafiłem? – Zapytał średniego wzrostu, na pewno po trzydziestce lekarz ubrany w biały kitel.
            - Tak. – Odezwał się mój brat, lekko jakby przestraszony tym, co zaraz powie lekarz.
Zeszłam z lóżka i poszłam przywitać się z Wujkiem. Tradycyjnie buziak w policzek.
Nic wielkiego, ale jak sam mi kiedyś powiedział, bardzo cieszy się gdy to robię.
            - Co Cove tu robi? – Zapytał szeptem, delikatnie nachylając się nade mną.
            - Speedy mu napisał, że tu jestem. No i przyjechał. – Odpowiedziałam stojąc obok niego i poprawiając kosmyki włosów padających na moje lekko spocone ze stresu czoło.
            - Nazywam się Bean. W sensie, że mam tak na nazwisko. – Dodał z uśmiechem. – Jestem statystą i lekarz prowadzący, który właśnie operuje poprosił mnie, abym przekazał panu co i jak, więc jestem. Więc tak; pana ręka jest złamana w dwóch miejscach – łokciu i barku, ma pan również lekki wstrząs mózgu, ale nie powinien pan mieć z tym żadnych problemów. – Wyjaśnił, przeglądając notatki, które miał w zielonej teczce. – I to by było na tyle. Miał pan wiele szczęścia.
            - A kiedy mój brat zostanie wypisany?
            - Jutro do południa. – Powiedział, patrząc na mnie dość dziwnie. – Pani jest tą dziewczyną, która zrobiła awanturę tam w recepcji?
Wujek i Cove popatrzyli na mnie zszokowani, za to mój brat z wielkim uśmiechem.
            - Moja krew. Jestem z Ciebie dumny. – Powiedział w żartach i gestem przecierania łez popatrzył na mnie i Wujka.
            - Jak tam zadyma. Po prostu ta kobieta podniosła mi ciśnienie i sądzę, że na moim miejscu każdy by się tak zachował. – Powiedziałam lekko oburzona.
            - Była tam taka starsza blondynka, co nie? Szczerze, to nikt jej tutaj nie lubi. Pracuje tu tylko dlatego, że jest żoną ordynatora. – Odparł z nutką obrzydzenia w głosie.
            - No to ja współczuję takiej obsługi. – Dodałam podchodząc do okna i  przecierając dłońmi po odkrytych ramionach.
Po tym geście poczułam jak na moje ramiona opada ciepła, miękka bluza Cove. Odwróciłam się do niego i uśmiechnęłam w geście podziękowania.
   U Speedy’ego siedzieliśmy jeszcze około pół godziny. Było już 14 po dziewiętnastej i w pewnym momencie zrobiłam się bardzo senna. Siedziałam u Cove na kolanach i tuląc się do niego próbowałam nie zasypiać. Czułam taki błogi stan. Ten który przechodziłam zawsze gdy siedziałam z Cove sama na sam. Uśmiechał się do mnie i mówił jak bardzo mnie kocha. Tradycją było siedzenie mu na kolanach. Jego dotyk, który czułam na rękach, jego zapach, ciepło, bicie serca. Wszystkie wspomnienia które powracały, były związane z tymi miłymi chwilami, bo tych złych było bardzo mało.
    To wszystko sprawiało, że odzyskiwałam pełnię sił. Mam na myśli tych sercowych, bo przez to tulenie zasypiałam jeszcze szybciej. Jeszcze przez pięć minut słyszałam o czym rozmawiają i po tym uciekłam w objęcia Morfeusza.


poniedziałek, 17 września 2012

Rozdział IV

Okej, ten rozdział będzie trochę krótszy niż pozostałe, bo niestety nie mam zbyt wiele czasu na pisanie, a to wszystko przez szkołę :( Jak tylko będę mogła pisać to wrzucę coś więcej ;)



- Siostra jak dobrze Cię znowu widzieć. – Powiedział na powitanie Speedy, całując mnie w policzek i zabierając ode mnie walizki
   - Cześć braciszku. Też się cieszę. – Odpowiedziałam równie szczęśliwa jak on.
   - To co, jedziemy do Twojego, nowego, urządzonego domu, do którego klucze właśnie wrzuciłem Ci do kieszeni kurtki? – Zapytał Speedy z uśmiechem, obejmując mnie i idąc do samochodu.
   - Jak nie, jak tak. – Odpowiedziałam szczęśliwa. – A co z moimi psami i samochodem?
   - Czekają już tam na Ciebie.
   - Kiedy ty zdążyłeś to wszystko ogarnąć? – Zapytałam pełna podziwu.
   - Nie ważne, ważne, że jesteś w domu. – Powiedział bardzo szczęśliwy, otwierając mi drzwi do samochodu. – Wujek nie może się doczekać, żeby Cię zobaczyć.
   - Serio? – Zapytałam zaskoczona, gdy wsiadł obok mnie
   - No tak! Wujek gdy tylko się dowiedział, że przyjedziesz zaraz zakasał rękawy i wpadliśmy na pomysł, żeby kupić Ci dom. Wujek zadzwonił do tego swojego kumpla i załatwił wszystko. Ja mam Ci tylko przekazać, że Ty masz się niczym nie przejmować tylko odpoczywać. Moja kochana siostrzyczko. – Mówił jadąc w stronę mojego nowego domu.
   - Dzięki, kochany braciszku. Wiesz, że mam dla Ciebie prezent? –Powiedziałam patrząc na niego z nie znikającym uśmiechem.
   - Serio?
   - No! Dla ciebie i Wujka.
   - Fajnie!
Nie odezwałam się, ale złapałam za torebkę i wyciągnęłam poziome, średniej wielkości czarne pudełeczko. Znajdowała się tam srebrna bransoletka z wygrawerowanym napisem „Najzajebistrzy brat na świecie! Kocham Cię Speedy<3”. Czekałam tylko, aż będę mogła mu ją wręczyć.
   Jechaliśmy przez godzinkę. Chciałam już zobaczyć mój nowy dom. Chciałam już zobaczyć miejsce w, którym zacznę być może nowe, bez większego smutku życie.
   - To tutaj. – Powiedział Speedy, wskazując mi palcem piękny beżowy domek i zatrzymując się na wjeździe prowadzącym do garażu.
   Zanim wysiedliśmy podałam mu pudełeczko i pobiegłam do drzwi nowego domu. Nie zwracałam już uwagi na te zaspy, w które wpadałam aż po kolana. Szukałam w kieszeniach kluczy i gdy tylko je znalazłam od razu otworzyłam drzwi nie czekając na brata. Nie chciałam, aby śnieg naleciał do środka więc otrzepałam czarne kozaczki z ćwiekami, nazywane przez wszystkich „kolcami”.
   To co zastałam w środku, było nie do opisania. Od progu powitały mnie moje dwa ukochane dobermany Neville i Rexar.
   - Cześć moje kochane psiaczki. Tęskniłam za wami i to bardzo. – Mówiłam do tych wiernych, kochanych i zadbanych zwierząt.
Chyba cieszyły się z tego spotkania bardziej niż ja.
   Po powitaniu zdjęłam buty i weszłam w głąb domu. Przysięgam, odebrało mi mowę.
Salon, półokrągły koloru łososiowego, na podłodze ciemne panele, meble klonowego koloru, na środku stał stolik, a przy nim dwie welurowe sofy. Przy półokrągłym przejściu stała półka na książki. Znajdował się tam też sprzęt audio. Tak bardzo cieszyłam się tym salonem, że nawet nie zwróciłam uwagi, kiedy mój brat wszedł do środka. Wybiegłam podniecona z salonu i następnym kierunkiem była kuchnia.
   Średniej wielkości, dość ciemne pomieszczenie, kolor ścian ciemno czerwony, ciemne, drewniane meble z jasnym, kamiennym blatem. Srebrna lodówka, na środku tak zwana wysepka. Jasne, drewniane okna, na ścianach białe kinkiety. Takie przyjemne pomieszczenie, ale za często tam przebywać, bo gotować nie umiem za bardzo. Rozejrzałam się trochę po następnych pokojach. Garderoba, łazienka, strych, garaż do którego przejście znajdowało się w kuchni.
   - Idź do sypialni. – Powiedział Speedy, pokazując dłonią piękne, rzeźbione z bardzo jasnego drewna drzwi.
   - Trochę się boję. – Odparłam pochylając się nad Neville’m, który stał obok mnie.
Brat uśmiechając się otworzył mi drzwi.
   Niepewnie weszłam do środka i nie mogłam uwierzyć w to co ukazało mi się przed oczami. Uśmiech nie znikał z mojej twarzy, a łzy same napływały mi do oczu.
   - Podoba Ci się? –Zapytał cicho Speedy, opierając się o błękitną ścianę.
   - On jest… Piękny! – Krzyknęłam ze szczęścia i rzuciłam mu się na szyję. – Dziękuję. Tak bardzo Ci dziękuję.
   - Diana, jesteś moją siostrą, musiałem Ci pomóc.
   - Wcale nie musiałeś.
   - Ale pomogłem. – Dodał z uśmiechem
   - No właśnie.
   - Ja jadę do domu. Później zadzwonię. – Powiedział całując mnie w policzek i idąc na dół.
   - No ok. Do usłyszenia. – Odpowiedziałam do zamykających się za nim drzwi stojąc na schodach prowadzących na pierwsze piętro.
   Gdy zostałam sama zaczęłam rozpakowywać swoje rzeczy. Pomagały mi w tym moje kochane psiaki. Pomagały, w sensie, że wywlekały z walizek moje ciuchy i roznosiły je po całym pokoju. Wyciąganie rzeczy, wraz z zabieraniem ich psom zajęło mi około godziny. Kiedy skończyłam, poszłam do kuchni zrobić sobie kawę. Przy pomocy ekspresu zaparzyłam sobie gorące cappuccino i usiadłam na blacie. Włączyłam na DVD piosenkę, która kojarzyła mi się z moim Wujkiem.  Metallica – The Unforgiven. To było to. Zastanawiałam się co teraz robi James. Czy już doleciał, czy może już jest na pierwszej akcji. Będąc tak osamotnioną, coraz bardziej byłam pewna tego, że nie ma już nas. Nie ma już James’a i Diany. Jestem już tylko ja. Przestawałam już cokolwiek do niego czuć. Wmawiałam to sobie, bo nie wiedziałam czy do mnie wróci. Może gdybym przestała go kochać to nie zabolałaby mnie ewentualna wiadomość o jego śmierci. Ale z drugiej strony, gdyby wrócił cały, a ja przestałabym go kochać, to co? Musiałabym udawać, że wciąż jest całym moim światem? To byłoby niedorzeczne. Przeszedł mnie nagle taki dziwny dreszcz.
   Moje przemyślenia przerwał dzwonek do drzwi. Odstawiłam ciepły, zielony kubek i poszłam otworzyć. Oczywiście drogę utrudniały mi psy, wbiegające mi między moje blade, długie i trochę grube nogi. Odgoniłam je od wejścia i otworzyłam drzwi mojemu niespodziewanemu gościowi.
   - Cześć. – Powiedział nieznajomy.
   - Hej. – Odpowiedziałam z uśmiechem. – Proszę, wejdź.
Uśmiechnął się i wszedł do środka. Kiedy zobaczył psy, zatrzymał się, kucnął i zawołał je do siebie. Nie wiedziałam jak zachowają się psy, ale byłam w szoku gdy zamiast rzucić się na niego z zębami podeszły do niego spokojnie i pozwoliły się pogłaskać. Z niedowierzaniem patrzyłam na to wszystko, a mój gość uśmiechał się do mnie i po chwili wstał.
   - Tak właściwie to my się nie znamy. Jestem Aled. – Powiedział podając mi zimną dłoń.
   - Diana. – Odpowiedziałam ściskając delikatnie jego dłoń i drugą wskazując kuchnię. – Właśnie zrobiłam kawę, zapraszam.
   - Dzięki. – Odparł z uśmiechem. – Słyszę, że mamy bardzo podobny gust muzyczny.
   - To znaczy?
   - No Metallica.
   - Acha, o to Ci chodzi. – Powiedziałam patrząc na psy.
Nie odezwał się, tylko uśmiechnął i usiadł na wysokim stołku barowym ustawionym przy kredensie.
   - Dzięki, że przyszedłeś. Poznam kogoś nowego. – Dodałam po chwili, podając mu gorący kubek z kawą.
   - Nie masz za co dziękować. Widziałem jak wczoraj ktoś ten dom kupował, a dziś wprowadziłaś się ty.
   - No mój Wujek razem z bratem mi go kupili.
   - A skąd przyjechałaś? – Zapytał spokojnie, zbliżając kubek do delikatnych, wąskich, ale pełnych ust.
    - Żebyś wszystko zrozumiał to opowiem Ci całą historię mojego życia. – Odpowiedziałam z uśmiechem patrząc na tatuaże zdobiące jego ramiona.
    - No dobrze.
    - No więc tak. Jestem Angielko- Francuską. Ojciec Francuz, matka Angielka. Po śmierci moich rodziców mną i moim bratem Speedy’m zajął się nasz wujek Arsene. Później bardzo długo mieszkałam w Stanach z moim chłopakiem, ale wyjechał do Iraku, a ja nie chciałam tam być sama więc wróciłam na wyspy Brytyjskie. – Opowiedziałam Aled’owi, popijając z nim przyjacielską kawę.
   - Do Iraku? Czyli jest żołnierzem?
   - Tak, dokładnie to saperem.
   - Boisz się o niego?
Nie odezwałam się. Spuściłam wzrok, wzięłam głęboki oddech i stwierdziłam, że wyplączę się Aled’owi. Przecież on nie zna moich znajomych, więc komu miałby t powiedzieć.
   - Tak, boję się, ale…
   - Ale? – Zapytał, spoglądając na mnie od dołu.
   - Ale przestaję go kochać. – Wyrzuciłam z siebie, podnosząc gwałtownie głowę i od razu kierując wzrok w okno.
   - Przepraszam, nie chciałem naciskać. – Powiedział ze współczuciem, patrząc na mnie swoimi zielonymi oczami, kładąc ciepłą dłoń na mojej.
Powiem wprost. Ten gest dłonią był z jednej strony uroczy, z drugiej trochę przerażający. Obcy chłopak tak się mną zainteresował. Stwierdziłam, że skoro tak bardzo chcę mnie wysłuchać to opowiem mu wszystko co leży mi na sercu.
   Zabrałam Aled’a do salonu. Idąc za nim nie mogłam oderwać od niego wzroku. Wysoki, krótkie kręcone, brązowo-rude włosy, olbrzymie niebieskie oczy, słodki uśmiech i dziecinna twarzyczka sprawiały, że wyglądał uroczo. Nie był przystojny. Był mega słodki. Jak dla mnie wyglądał po prostu bosko. Ale nie mogłam mu pokazać, że mi się podoba, bo wyszłoby na to, że jestem dziwką, a tak nie było. Nic nie mogłam poradzić na to, że byłam bardzo kochliwa.
   Weszliśmy do pomieszczenia. Aled usiadł na kanapie i z uśmiechem patrzył raz na mnie, raz na Rexar’a, który za nami wszedł do salonu. Włączyłam cicho muzykę Guns N’ Roses, usiadłam naprzeciw niego i rozpoczęliśmy naszą rozmowę. Opowiedział mu całą historię mojego życia. Od śmierci rodziców, poprzez stratę Evelyn, wyjazd do stanów i całą sytuację z James’em.
   Najciekawsze było dla mnie to, że Aled mnie słuchał. Nie to, że ja gadałam, a on myślał o czymś innym i rozglądał się dookoła, tylko słuchał mnie. Patrzył mi w oczy, okazywał emocje do odpowiedniej chwili, którą opisywałam. W pewnej chwili chyba zrobiło mu się mnie szkoda, bo usiadł obok mnie i po przyjacielsku mnie przytulił.
   Serce biło mi bardzo szybko. Byłam wściekła, zrozpaczona, szczęśliwa, załamana, podniecona, a to wszystko działo się w jednej chwili. Jego dotyk tak na mnie działał i sama nie wiedziałam dlaczego. Takiego czegoś nie czułam nawet w trakcie trwania związku z James’em. Obiecałam sobie, że nie będę płakać, ale gdy czułam jego zapach, delikatny dotyk, emocje wzięły górę i niestety przegrałam walkę z własnymi uczuciami.
   - Szczerze, to masz przejebane w życiu. – Powiedział spokojnie.
   - Trochę tak, ale daję sobie radę, choć nie zawsze wychodzi mi udawanie twardzielki. – Odparłam ze spływającymi mi po policzkach łzami.
   - Oj, już dobrze. – Powiedział patrząc na moje usta. – Będzie dobrze. Jeszcze ułożysz sobie życie tak, jak tylko będziesz chciała. Jesteś młoda piękne, ale bardzo uczuciowa. Po prostu potrzebujesz bodźca, który Ci to udowodni. – Mówił ocierając moje łzy.
Jego głos był taki seksowny. Lekko irytujący, ale za razem podniecający. Czułam się dziwnie w jego objęciach, lecz z drugiej strony to było bardzo miłe. Miał taki wspaniały charakter. Miły, troskliwy, potrafił mnie wysłuchać i wesprzeć. W dodatku to jak przytulał i to jakie miał perfumy. No po prostu bajka.
   Gdy na niego patrzyłam to uśmiech sam pojawiał się na mojej twarzy. Był taki słodki, ale musiałam pamiętać, że niestety nadal jestem z James’em. Choć cały czas wmawiałam sobie, że nie ma już nas. Czas spędzony z Aled’em to były najprzyjemniejsze chwile w nowym domu. Mamy sporo wspólnego, świetnie się dogadujemy. I Aled nawet nie jest o dużo ode mnie starszy, różni nas tylko sześć lat. W stanach nie miałam zbyt wielu przyjaciół, prócz Złotej i James’a, a tu? Ledwo przyjechałam a w moje progi zawitał Aled. Tam jakoś nie miałam odwagi z nikim się zaprzyjaźnić, a tu w Anglii? Może dlatego, że jestem u siebie w pewnym sensie.
   Naszą cudną rozmowę przerwał telefon od mojego Wujka.


No to by było na tyle na razie ;) Co do rozmowy to spróbujcie napisać jak ona ma wyglądać i zobaczcie czy zgadza się z waszymi oczekiwaniami ;)